Komisja morderstw

Krzysztof Pieczyński: niejednoznaczność jest mi przypisana

– Inteligencja mojego bohatera przejawia się w poszukiwaniu niebanalnych hipotez, na nie poprzestawaniu na policyjnej rutynie. Przy tym wszystkim jest w nim jakaś tajemniczość – mówi Krzysztof Pieczyński, grający podinspektora Macieja Stasińskiego w serialu „Komisja morderstw”.

Znany jest Pan z upodobania wyrafinowanych standardów artystycznych. Udział w kryminalnym serialu Pana zadowolił z tego punktu widzenia?

– Ten właśnie zdecydowanie tak. Przeczytałem scenariusz „Komisji morderstw” i po pierwsze spodobało mi się to, że nie jest to format, a po drugie w ogóle scenariusz uznałem za bardzo dobry, wręcz rewelacyjny. Bardzo dobrze napisany, z intrygującą akcją, podszytą historią i z asocjacjami typu „archiwum X”, daleki od jednoznaczności, co bardzo lubię.

Pana postać jest niejednoznaczna?

– Tak, a ja postacie niejednoznaczne nie tylko lubię, ale także często takie grałem i grywam. Najwyraźniej tak widzą mnie reżyserzy. Niejednoznaczność interpretacji jest chyba mojemu aktorstwu przypisana.

Może to po części wpływ tego, że jest Pan także poetą, a to dziedzina sztuki nieodłącznie z niejednoznacznością związana?

– Być może w jakimś stopniu także. Zawsze jednak moją pasją była tajemnica, wieloznaczność, ukryty podtekst. To smak dobrej sztuki i cenny atrybut wcale nie tylko gatunku kryminalnego.

No więc jaki jest podinspektor Maciej Stasiński w Pana interpretacji?

– Zgodnie metryką, także moją prywatną, to już bardzo doświadczony, bardzo profesjonalny i świetnie wyszkolony policjant. Jest dobrze wykształcony, nawet nie wahałbym się go nazwać policyjnym intelektualistą, choć w żadnym wypadku nie eksponuje tego w jakiś efekciarski sposób. Jego inteligencja przejawia się w poszukiwaniu niebanalnych hipotez, na tym, że poprzestaje na policyjnej rutynie, że jest twórczy w swojej profesji. Przy tym wszystkim jest w nim jakaś tajemniczość, coś niejednoznacznego. I nie chodzi tylko o jego dawne relacje prywatne z jego zawodową partnerką Alicją Grześkowiak, w którą wcieliła się Małgosia Buczkowska.

Należy Pan już do seniorów obsady. Jak się Panu pracowało na planie z reżyserami i ekipą aktorską?

  – Wyśmienicie. Nazwisko Adriana Panka było mi znane jako twórcy bardzo ciekawego, artystycznego filmu „Daas”. Już to było dla mnie obietnicą ciekawej współpracy. A praca na planie była rewelacyjna. W najmniejszym stopniu nie przypominała mitręgi, która czasem na planie się zdarza. Atmosfera była swobodna, bardzo koleżeńska, nawet familiarna, tak jakby było to grono, klub fascynatów tego samego tematu. W takiej atmosferze aktor może dać z siebie maksimum. A jeśli do tego ma się tak dobrych i ciekawych partnerów aktorów, to są spełnione wszystkie warunki twórczej pracy. Dodatkowym bonusem była dla mnie możliwość bliższego poznania tak malowniczego – i nomen omen – tajemniczego regionu jak Dolny Śląsk. Ale nie o okazjonalną turystykę tu chodziło. To pomagało w pracy. Muszę powiedzieć, że te magiczne miejsca naprawdę pomagały mi ożywić w sobie wyobraźnię niezbędną do twórczego wykonywania mojego zawodu.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński